Music ♥

piątek, 17 czerwca 2016

Rozdział dwudziesty siódmy

"Dobrze, że jesteś każdego dnia" - Video

  - Przyniosłem wódkę - powiedział Riker stawiając kieliszki na stole.
- Świetny klub, nigdy tu nie byłam - rzekła Kendall.
- Bo ty nigdzie nie chodzisz skarbie - odpowiedział Rocky, Riker się roześmiał a Kendall pokazała mu język.
- Nieprawda z Kylie i przyjaciółkami non stop imprezujemy.
- Widzisz? Mówiłem ci, że niezłe z niej ziółko - skomentował Rocky do brata.
- Słodcy jesteście. Normalnie zaraz się porzygam. - Dwójka pozostałych wybuchła śmiechem.
- Dobra panowie, my tu gadu gadu a tu wódeczka stygnie. 
- Racja - powiedział Riker. Wszyscy wznieśli kieliszki.
- Za miłość - powiedział Rocky.
- Za R5 - rzekł Riker.
- Za nas - dopowiedziała Kendall. Wszyscy stuknęli się kieliszkami i wypili ich zawartość.
- Ehh dobra - skomentował blondyn.
- Kochanie od kiedy ciągnie cię do alkoholu? - zapytał Rocky.
- Od zawsze.
- Tak?
- Nio. 
- Matko przestańcie, bo zwrócę ten dar niebios.
- Lepiej nie. - powiedziała.
- Właśnie. Nie oddawaj, nie trzeba. 
- Rzygać będę od tej waszej słodkości. Po cholerę się zgodziłem z wami iść?
-  A - bo nie miałeś nic lepszego do roboty w piątek wieczór. B - kochasz nas.
- Jasne, zwłaszcza to drugie.
- Wiesz zawsze mogłeś się załapać na pieczenie ciastek i robienie origami z Rydel - powiedział z sarkazmem Rocky.
- Boże uchowaj. Wiesz jaka ona jest.
- Zbyt nadgorliwa? - odezwała się Kendall.
- Chyba upierdliwa. Rydel, jest kochana, ale czasami jest jak wrzód na dupie.
- Rocky! - skarciła go dziewczyna.
- On ma rację, czasami w trasie była nie do wytrzymania. Kobiety...
- Hej! Panowie!
- Trasa...kurde ile to już czasu.
- No, z pół roku. Odeszliśmy Rocky.
- Taa.
- Nie planujecie wrócić? - zapytała Kendall.
- Ja bym chciał.
- Ja też - powiedział Rocky.
- Nawet Ell i Rydel.
- To w czym problem?
- Problem tkwi w Rossie. On chce się wyłamać. Zresztą, otwiera szkołę tańca a jesienią wydaje płytę.
- A wy?
- My skarbie idziemy w zapomnienie.
- Pogadajcie z nim.
- To nie takie proste. Nie można kogoś zmusić, by robił coś czego nie lubi. W muzyce, zespole chodzi o pasję. Ross przestał czerpać pasję z R5. R5 stało się dla niego ciężarem, a nie inspiracją i radością.
- Ale on chciał chyba być zwykłym chłopakiem?
- Tak, ale to Ross. Jego nie ogarniesz - odpowiedział Rocky.
- No, chciał. Potem jednak stwierdził, że spróbuje własnych chwil.
- Myślicie, że R5 wróci?
- Kiedyś... - rzekł ze smutkiem blondyn.
- Kochanie, ten blond ci nie pasuje - powiedział Rocky do Kendall.
Wszyscy znów wybuchnęli śmiechem.


   Oglądał "Z kamerą u Kardashianów". W sumie to nie miał pojęcia, po jaką cholerę to ogląda. Program był do dupy. Poziom inteligencji -1. Rodzinka jakich wiele w Hollywood. Nadziani i głupi, tak by skomentował to reality show. Nie miał pojęcia co robić. Rydel robiła jakiś babski wieczór z koleżankami ze szkoły tańca. Nie był zaproszony. Ostatnio wiele myślał o swoim życiu i zespole. Od najmłodszych lat, chciał być perkusistą. Życie muzyka go kręciło, ale od kilku miesięcy siedzi w domu i nie ma pojęcia co zrobić. Czar gwiazdy rocka minął.  Miał hajs i wszystko, ale nie miał pomysłu co dalej, jak ułożyć swoje życie. Nigdy nie miał planu B, zakładał bycie gwiazdą i przez chwilę faktycznie nią był. Podróże, koncerty, wywiady, to wszystko było. Dzięki R5, poznał wielu wspaniałych ludzi, dokonał wielu cudownych rzeczy. Miał tyle wspaniałych wspomnień i najważniejsza rzecz poznał Rydel. Pamięta dzień gdy w szkole tańca zobaczył ją i chłopaków. Siedział pod lustrem, a ona tańczyła z innymi. Spodobała mu się. Wyróżniała się spośród innych. Długie blond włosy, grzywka i mnóstwo bransoletek na rękach. Gdy zobaczył ich paczkę po zajęciach, myślał że pęknie ze śmiechu. Trójka blondasków, jeden niższy od drugiego. Urocze. Rydel wyróżniała się przede wszystkim stylem. Nie nosiła się jak inne dziewczyny. Jej ubrania były...dziwne. Mnóstwo różu i błyskotek i nieodłączny plecak z Hello Kitty. Nie powie, że go nie zafascynowała. Przyglądał się jej kilka tygodni. Dopiero jak usłyszał jak jej bracia gadają o muzyce postanowił się ujawnić. Szybko dogadał się z chłopakami, zwłaszcza z Rockym. Rydel go zaskoczyła.Uważał ją za lalkę Barbie, ale nie dość, że była bardzo zabawna, inteligentna to nie była na pewno słaba. Było w niej i jest coś z chłopaczary. Potrafi się bić i jak jest zła bluzga gorzej niż nie jeden chłopak.  Długo był tylko jej przyjacielem. Miał Kelly. Wie, że to nie było dobre. Mieć dziewczynę a 80% czasu spędzać z drugą. Dlatego zerwał z Kelly. Ona wiedziała, że Rydel to nie tylko koleżanka z zespołu. To ktoś zdecydowanie ważniejszy. Pamięta jak Rydel go pocieszała po zerwaniu, a on wcale nie był zdruzgotany. Kelly była super dziewczyną i kochał ją w pewnym momencie swojego życia, ale odkąd poznał Delly nie potrafił już kochać Kelly tak jak kochał wcześniej.
- Witaj synku.
- O cześć mamo, jak w pracy?
- A dobrze, a ty co dziś robiłeś?
- Ja? A w sumie nic ciekawego. Grałem trochę na kompie, potem poćwiczyłem na perkusji. Pojechałem z Mattem popływać na plażę, a potem wróciłem i siedzę przed telewizorem.
- Hmm, dość sporo ostatnio tak siedzisz przed telewizorem. Poza tym wiesz, nie przesadzaj z deską, lekarz mówił...
- Bym się jeszcze oszczędzał. Wiem mamo.
- Ja tylko dbam o swojego synka.
- Mam 23 lata mamo.
- I nadal muszę o ciebie dbać.
- Ty i te twoje matczyne troski.
- Wiadomo co z zespołem?
- Pytasz o to codziennie - odparł i przełączył kanał.
- Bo widzę, że masz już dość siedzenia z matką i ojcem.
- Król Rossy jeszcze nie zdecydował czego chce.
- Może powinniście z nim wszyscy porozmawiać. Byliście tyle lat zespołem, nie może tak po prostu...
- Nas rzucić? Mamo to Ross. On wie, że może zrobić wszystko. Rydel mówi, że być może jest szansa na to by R5 wróciło.
- Ale w całym składzie?
- Nie wiem. Ja jestem za tym byśmy wrócili we czwórkę, cóż koncepcja nazwy zespołu się posypie, ale przynajmniej nie będziemy siedzieć w domu i nic nie robić.
- Myślę, że jednak powinniście wrócić w piątkę.
- A masz pomysł jak go zmusić do powrotu?
- Nie wiem.
- No właśnie. Ja mam dość proszenia go by łaskawie ogarnął swoje cztery litery i wrócił tam gdzie jego miejsce. Chce solowej kariery, to ma,
- Co u Rydel?
- Dobrze, robi jakiś babski wieczór.
- Jutro się spotkacie?
- Chyba. Może pojedziemy do disneylandu?
- Dobry pomysł. Ona lubi takie rzeczy.
- Mamo?
- Tak?
- Skąd wiedziałaś, że tata to ten mężczyzna? Wiesz, o co mi chodzi, że to ten, za którego chcesz wyjść? - Matka spojrzała na niego podejrzliwie.
- Hmm, skąd wiedziałam? Po prostu, to czułam. Szanował mnie, kochał i wiedziałam, że w każdej sytuacji mogę na niego liczyć. Nie ważne co się stanie, on jest przy mnie. Gdy zapytał mnie, o to czy będę jego żoną, wahałam się.
- Serio?
- Tak, tydzień zwlekałam z odpowiedzią. - Roześmiała się kobieta.
- Czemu? - zapytał Ellington.
- Proste. Gdy decydujesz się na małżeństwo,to decydujesz o całym swoim życiu. Nie byłam pewna, czy aby na pewno to ten. Kochałam go nad życie, ale bałam się powiedzieć "tak".
- To czemu w końcu powiedziałaś?
- Zapytałam się swojej mamy co zrobić, a ona zadała mi trzy pytania.
- Jakie?
- Czy go kocham? Czy on mnie szanuje? I najważniejsze, czy wyobrażam sobie życie bez niego. Pamiętam jak zadała mi ostatnie pytanie i wyobraziłam sobie, że jestem z kimś innym, że twój tata odszedł.
- I co?
- Zalałam się łzami. - Uśmiechnęła się kobieta. - Nie wyobrażałam sobie życia z innym.
- Hmm.
- Elligtonie?
- Tak?
- Czyżbyś myślał o tym, o czym ja myślę?
- Tak mamo, myślę by oświadczyć się Rydel - odparł.

  Myślała że go zabije. Był tak cholernym idiotom, że aż żal się jej go robiło. Do tego jeszcze egoista, tylko on i on. Nigdy ona. Jeśli się w czymś z nim nie zgadzała od razu był foch. Miała go czasami dość. Coraz częściej zastanawiała się czy aby na pewno go kocha. Denerwowały ją jego ciągłe humory. Wiedziała, że sama nie jest bez winy, też często wyżywała się na nim bez powodu, ale coraz częściej towarzyszyło jej uczucie, że to nie to. Że oszukuje sama siebie.
- Mam już dość! - krzyknęła do słuchawki.
- Tak? Taka jesteś?
- No jaka?
- Taka - odpowiedział.
- Możesz zacząć wysławiać się jak dorosły a nie czteroletni chłopiec? - warknęła.
- Zawsze jesteś na nie. Co bym nie zaproponował to na nie. Poza tym to tylko udowadnia, że wcale za mną nie tęsknisz.
- Ja? To chyba ty jesteś na nie.
- Na pewno nie.
- Mhm.
- Wiesz co jak chcesz. Ja się prosić nie będę - powiedział.
- Jasne, typowa dla ciebie postawa, obrazić się i tyle.
- Nie obrażam się po prostu jest mi smutno.
- Mhm. Wystarczy, że coś jest nie po twojej myśli i ty już się obrażasz. Ogarnij się - powiedziała.
- A ty jesteś jak histeryczka. O byle bzdurę panikujesz.
- Ja?
- No chyba nie ja.
- Wiesz co, mam cię dość idioto.
- Tak? Jestem idiotą? Fajnie masz.
- A kto mnie ostatnio nazwał opóźnioną w rozwoju i wariatką? Niech pomyślę...Ty.
- To było żartem.
- Mało śmieszny ten żart - syknęła.
- Po prostu jesteś drętwa.
- Ja jestem drętwa? Chyba żartujesz.
- Nie nie żartuję. Jesteś nudna jak flaki z olejem. Wielka dama ze wsi.
- To, że urodziłam się w Texasie, nie znaczy, że jestem ze wsi.
- Jasne - prychnął.
- No tak.
- Jesteś wieśniaczką. Wystarczy na ciebie spojrzeć.
- Wiesz co, teraz już przegiąłeś - krzyknęła.
- Tak? To co zrobisz?
- Nie będę się do ciebie odzywać.
- Pfff, wytrzymasz z 10 minut.
- O wiele więcej. Tym razem przegiąłeś Justin. Mam dość ciebie i twoich chamskich tekstów. Jesteś największym chamem i egoistą jakiego znam.
- Tak?
- Tak. W życiu nikogo gorszego nie spotkałam.
- Aha czyli nie jesteś ze mną szczęśliwa? Za takiego mnie masz.
- W tym momencie tak. Dorośnij.
- Wiesz co, ja też mam ciebie dość. Pa.
- Żegnaj.

  - Ta mała franca nas popamięta - syknęła Kim.
- Ale ją załatwimy.
- Jestem genialna.
- Ty? - zapytała Brooke.
- No ja, ty nie masz nawet za grosz szarych komórek.
- To ty jesteś bezkomórkowa. Ja mam najnowszego smartfona.
- Ugh nie o tym mówię.
- O co się kłócicie? - Hannah akurat wyszła z zabiegu akupunktury.
- Ona nazwała mnie bezkomórkową - poskarżyła się Brooke.
- Rozwiążę wasz dylemat - powiedziała Hannah.
- Tak? - spytały jednocześnie bliźniaczki.
- Obie jesteście tępe. - Kim się naburmuszyła.
- Może mamo - odpowiedziała radosna Brooke.
- Mamo nie lubisz Marano prawda? - zapytała Kim. Hannah spojrzała w kierunku kuchni.
- Nie znoszę. Gdyby nie to, że jej matka była najlepszą moją tancerką to bym wywaliła tą dziewuchę.
- A wiesz, że ona kręci z Rossem Lynchem?
- Co? - Hannah wytrzeszczyła oczy
- No tak, ta mała małpa chodzi z Rossem Lynchem.
- To dlatego nie chciał ze mną nagrać duetu.
- Dlatego - rzekła Brooke.
- Mamo dasz jej to, dziś w nocy? - zapytała Kim.
- A co to? - Kobieta spojrzała na kopertę.
- To dokument, który potwierdza, że Laura nie ma stypendium.
- Jak to? Przecież chodzi do szkoły.
- Płaci czesne.
- Hahhha żartujesz córciu? Nie stać jej nawet na 1/4 tej sumy. - Kobieta wybuchła śmiechem.
- Ma sponsora - odpowiedziała Brooke.
- Niby kogo?
- Rossa. - Kobieta spojrzała z powagą na córki.
- A to mała suka. Tyle jej daliśmy a teraz tego biednego chłopaka wykorzystuje.
- W sumie to on jest bogatszy niż my - palnęła Brooke, kobiety spojrzały na nią ze złością.
- Gdybyś była mądrzejsza to byś zauważyła, że mamie chodziło o co innego.
- O co?
- O to, że ta mała leci tylko na hajs Lyncha i jego sławę.
- Dam jej to - odpowiedziała Hannah i poszła do swojej sypialni.
- No to jedno mamy z głowy, chodź do niej. - Bliźniaczki poszły do kuchni. Laura robiła obiad.
- Jak tam Kopciuszku? - Kim oparła się o lodówkę, a Brooke stanęła koło niej.
- Możesz mnie tak nie nazywać?
- Przecież jesteś Kopciuchem - odparła Brooke.
- Nie jestem - warknęła Lau.
- Przecież znalazłaś swego księcia z bajki.
- Zazdrosne?
- Szkoda, że lecisz tylko na jego hajs - powiedziała Brooke, wtedy Kim uderzyła ją łokciem.
- Co? - zapytała Laura.
- Nic, Brooke naoglądała się za dżzo brazylijskich telenoweli - odparła szybko Kim. Wtedy zadzwonił dzwonek. Laura spojrzała na bliźniaczki a potem poszła otworzyć. Po chwili wróciła z bukietem czerwonych róż.
- Od kogo to? - zapytała piskliwie Brooke.
- Nie wiem. - Laura zaczęła szukać liściku, po chwili go znalazła.
Dla mojej najdroższej. Moje serce należy do Ciebie. Spotkajmy się dziś o północy u mnie. Wejdź tylnym wejściem. Miej przy sobie jedną różę.
Kocham Cię.
Ross.
- Czyżby twój Romeo napisał?
- Spadajcie - odpowiedziała Laura i poszła wstawić kwiaty do wazonu.

 - Ross to romantyk, nie to co mój Justin. On to się nadaje tylko do obory - Laura uśmiechnęła się.
- Oj daj spokój, pogodzicie się.
- Z tym dupkiem nie chcę mieć nic wspólnego!
- Tak teraz mówisz.
- Zdania nie zmienię póki mnie nie przeprosi. A ty mogłaś się nieco lepiej ubrać. Co to za wiszący sweter i dresy i pożal się Boże czapka bezdomnego? Ross cię zaprasza na romantyczną i upojną noc a ty wyglądasz jak byś szła z kumplami na piwo.
- To mój najlepszy sweter. Poza tym to nie dresy, a dżinsy i zauważ, że założyłam botki na obcasie/
- Taaa wyglądasz dzięki nim jak seksbomba.
- Stacy! - Laura przekręciła oczami. 
- Dobra wysiadaj i baw się dobrze. Mam czekać?
- Nie, pewnie zostanę na noc.
- I to nastawienie mi się podoba. - Stacy zaczęła się śmiać.
- Nie o to mi chodziło! Stacy ty zboczeńcu. - Laura również zaczęła się śmiać.
- Dobra idź bo już północ prawie.
- Pa.
- Pa.
Laura szła podekscytowana. Trzymała w rękach róże. Wszędzie było już ciemno i pusto. Jednak nie bała się. Nie mogła się doczekać, aż go zobaczy. Chciała być już w jego ramionach i poczuć jego usta na swoim ciele. Cieszyła się, że Ross wysłał jej kwiaty i liścik oraz zaaranżował spotkanie. Mało, który facet tak robi. Minęła jego dom i skręciła w uliczkę. Doszła do furtki. Była jak zawsze otwarta. Minęła alejkę, obsadzoną żywopłotem i doszła do drzwi tarasowych. Serce waliło jej jak młot. Uniosła wzrok i struchlała. Schowała się w ciemności i obserwowała to, co się dzieje w środku. Ross leżał na łóżku bez koszulki, przykryty kołdrą, a przed nim siedziała dość wymownie pochylona Blair. Miała na sobie letnią, niebieską sukienkę, z dużym dekoltem, jedno ramiączko jej opadło, a Ross je delikatnie poprawił. Wyglądali jakby mieli się pocałować. Coś mówili, ale Laura nie wiedziała co. Pewnie szeptali jak kochankowie, czułe słówka. Zaczęła płakać. Ból rozdzierał jej serce. Tak go kochała, i tak mu wierzyła a on ją zdradza z tą suką Blair, która uprzykrza jej życie. W jednym momencie zrozumiała, że była tylko zabawką. Wielki gwiazdor, zechciał być normalnym chłopakiem, więc ona była w tym momencie idealna. Zwykła, biedna dziewczyna, sierota. Jak mogła się łudzić, że jest kimś więcej? Nie mogła dłużej na nich patrzeć. Uciekła.
***
Hejo, hejo. Jak obiecałam tak jest, po pół roku pojawił się rozdział na Kopciuszku. Wiem, że długo ale studia, chłopak i ciągle kłopoty z mieszkaniem nie są sprzyjające dla prowadzenia dwóch blogów. Już trzeci raz od października się przeprowadzam :(. Lipa. Mam nadzieję, że rozdział się podoba. Postaram się jak najszybciej dodać rozdział na JLM. Jest już w połowie napisany ;). Miłego czytania i komentowania.
Do napisania.
Delly♥



środa, 30 grudnia 2015

Rozdział dwudziesty szósty

Ona jest moją pierwszą i jedyną miłością. Większość osób wie, że pierwsza miłość nie będzie jedyna. Dla mnie jednak nią jest. To moja ostatnia szansa, na więcej sobie nie pozwolę. To się już nigdy nie powtórzy.
  - Ross, nałóż jeszcze Laurze ciasta. Dziecko prawie nic nie zjadło.
- Dziękuję, wszystko jest naprawdę pyszne ale ja jestem już pełna.
- Lauro nie dziękuj tylko jedz.
- Mamo! - Laura przewróciła oczami.
- No co, Ross? - Stormie spojrzała na syna. Blondyn przewrócił oczami. 
- Jak Laura mówi, że nie jest głodna to nie jest.
- Mów co chcesz synu. Pamiętaj matka wie lepiej. - Lau wybuchła śmiechem. Kochała Stormie, za każdym razem jak przychodziła z Rossem jego matka karmiła go tak, że potem przez kolejne dwa dni nie mogła patrzeć na jedzenie. Zazdrościła mu rodziny, ona takiej nie miała.  Wspaniała rodzina, pełna miłości i wsparcia. 
- Naprawdę dziękuję - odparła.
- Oj, Lauro nie ma za co dziękować. Zapakuję ci trochę ciasta do domu, dobrze?
- Nie trzeba.
- Oj, trzeba.
- Co u siostry? - zapytał Mark. Laura spojrzała na talerz.
- Dobrze, lekarze mówią, że robi postępy.
- Byłaś u niej?
- Nie, gadam z nią codziennie przez telefon. Psycholog mówi, że póki co nie mogę jej odwiedzić.
- Czemu?
- Podobno na tym etapie leczenia, nie jest to wskazane.
- Ale Riker ją odwiedził - wtrącił Ross.
- Bo, wykłócał się z pielęgniarką.
- Tak, cali moi synowie. Nie wiem gdzie popełniłam błąd. - Wszyscy wybuchli śmiechem.
- Nie popełniłaś, odziedziczyli to w genach. Pamiętasz jak wykłócałem się z twoim ojcem? - Stormie wybuchła śmiechem.
- Oj, tak - odpowiedziała.
- Wykłócałeś się z dziadkiem czemu?
- Bo rodzice mamy mnie nie cierpieli. Wiesz dusza rockmana i tak dalej. Uważali, że jestem złą partią dla ich córki. Jeszcze długo po ślubie mnie nie akceptowali.
- Nie przeszkadzało to Państwu? - zapytała Lau.
- Jeśli kogoś naprawdę kochasz to nieważne jakie by trudności stanęły wam na drodze, razem można wszystko pokonać - odparła Stormie.
- Dokładnie.
- Mądrze powiedziane - dodał Ross.
- Po tylu latach związku pewne rzeczy są już oczywiste - powiedział Mark. 
- Czasami zastanawiam się jakby to było gdyby mama żyła. - Laura spojrzała w stronę okna. Poczuła uścisk na dłoni.
- Najważniejsze Lauro jest teraz. Każdy z nas zastanawia się co by było gdyby... Ale to tylko domniemanie, najważniejsze jest teraz - powiedziała Stormie.
- Wiem, ale czasem to bardzo mnie nurtuje. - Laura spojrzała na Rossa przyglądał się jej.
- Masz mnie kochanie, i to się liczy - szepnął.


  Rydel siedziała w kuchni i piła herbatę. Lubiła te chwile ciszy i samotności. Ciągłe przebywanie w gronie chłopaków sprawiało, że czasami wcale nie czuła się kobieco. Oni traktowali ją jak  kumpla z grupy, albo jak matkę, która za nich zrobi wszystko. Ugotuje, posprząta, coś zszyje. Potrzebowała jak powietrza takich chwil. Gdy mogła pobyć sama w swoim dziewczyńskim świecie. Upiła łyk herbaty.
- Kochanie gdzie jesteś? - Do kuchni wszedł Ellington. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego. Strasznie go kochała. Nie wyobrażała sobie życia bez tego zwariowanego mężczyzny. Był dla niej najlepszym przyjacielem jak i największą miłością. To dziwne, ale czuła, że to ten właściwy. Nie miała pojęcia skąd takie przeczucie, ale była pewna.
- Na chwilę odleciałam - powiedziała.
- Widzę. Gdzie moja Rydel była?
- Daleko.
- No wiesz co? Nie zabrałaś swojego ukochanego?
- Czyli kogo? - Rydel wybuchła śmiechem. Ratliff złapał ją mocno za brodę i pocałował.
- Ja cię nauczę szacunku - powiedział odsuwając się od niej.
- Do tej pory ci się nie udało.
- Poczekaj.
- Czekam.
- Co robimy dzisiaj? W ogóle gdzie się wszyscy podziali?
- Riker ma wywiad w radiu, Rocky pojechał z nim, Ross jest z Laurą u rodziców a Ryland wyszedł gdzieś wściekły.
- Właśnie zauważyłem, że jest jakiś ostatnio nerwowy.
- Chyba wszyscy to zauważyli.
- Gadałaś z nim?
- Próbowałam, ale wydarł się na mnie. Myślę, że to ma związek z Sav.
- Z Savannah? Czemu?
- Zauważyłeś, że ostatnio nie pojawiają się razem i nie przyprowadza jej tu? - Rydel odstawiła filiżankę.
- No, nie było jej tu jakiś miesiąc, albo więcej.
- Mówię ci, chodzi o nią.
- Kłopoty w związku?
- Chyba. - Rydel podniosła się i wstawiła filiżankę do zlewu. Poczuła oddech Ratliffa na szyi, po chwili złożył tam pocałunek.
- Nie każdy związek jest idealny - powiedział.
- Żaden nie jest.
- A nasz?
- Nasz też. Bo nie ma ludzi idealnych. - Odwróciła się twarzą do chłopaka.
- Strasznie cię kocham Rydel. - Oparł czoło o jej.
- Ja ciebie też.
- Powiedz to.
- Co?
- Że mnie kochasz. Chcę to usłyszeć.
- Kocham cię - szepnęła.
- Skoro jesteśmy sami, to idziemy zrobić małe Ratliffiątka? - Rydel pacnęła go ręką w ramię.
- Musisz zawsze niszczyć takie momenty? - Chłopak zaczął się śmiać.
- Jakie?
- No takie, gdy jest jakoś strasznie romantycznie to ty zawsze musisz coś palnąć.
- Taki już jestem - powiedział.
- I za to cię kocham.
   Siedział w fotelu, w ręku ściskał kawałek papieru. Ona siedziała na kanapie i wpatrywała się w jasną wykładzinę. Czuł się postawiony pod ścianą. Jakby nie miał wyjścia. Nie chciał tego robić, ale nie było już odwrotu. Ona wybrała i on też musiał. Tyle lat. Tyle wspomnień. Nie wiedział co dalej. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw. Liczył na to, że to tylko mały kryzys.
- Odezwij się - powiedziała.
- Co mam ci powiedzieć? - Spojrzał na nią.
- Nie wiem. Cokolwiek - szepnęła.
- Mam ci powiedzieć jak wściekły jestem? Jak bardzo czuję się oszukany i zraniony? Czy jak bardzo cię w tej chwili nienawidzę?
- Ryland.
- Nie, Sav. Nie błagaj. Sama na to zasłużyłaś.
- Wiem, to był błąd. Razem jakoś możemy dojść do porozumienia.
- Porozumienia? Chyba żartujesz. - Uśmiechnął się krzywo.
- Ryland, tak wiele nas łączy.
- Łączyło Sav, łączyło.
- I łączy, chyba te wszystkie lata coś dla ciebie znaczyły? - Widział w jej oczach łzy.
- O to samo mogę zapytać ciebie - warknął.
- Dla mnie znaczą dużo - odpowiedziała.
- Nie sądzę, przynajmniej po tym jak zobaczyłem to. - Rzucił w nią kartką. Dziewczyna podniosła ją z podłogi i spojrzała na nią. Rozpłakała się.
- Chciałam ci powiedzieć. Nie chciałam byś dowiedział się w ten sposób.
- Jedna z fanek przysłała mi to na mejla. To wyjaśnia twoje dziwne zachowanie.
- Ryland, to nie tak.
- Ile?
- Co?
- Ile to trwało? - zapytał. Dziewczyna zaniosła się szlochem.
- Nie wiem, to były raptem dwa może trzy spotkania.
- Czemu?
- Co czemu?
- Czemu to zrobiłaś?
- Nie wiem.
- Odpowiedz, kurwa czemu?! - krzyknął.
- Naprawdę nie wiem. Chwila słabości.
- Słabości?! Był ktoś jeszcze?!
- Nie! Przysięgam. Tylko on!
- Jak mogłaś?! Jak mogłaś tak po prostu mnie skreślić?!
- Ryland, posłuchaj. To nie tak. Ja nas nie skreśliłam. Zachowałam się gówniano. Wiem. To był ogromny błąd.
- Błąd?! Savannah ty mnie zdradziłaś z jakimś kolesiem! To nie błąd, to zdrada! - krzyknął.
- Wiem! - opadł na fotel. Nie wiedział co ma jej jeszcze powiedzieć. Najchętniej zabił by ją i tego skurwysyna.
- Jak myślisz co teraz? - zapytał.
- Nie wiem. To zależy tylko od ciebie - odpowiedziała.
- Jak myślisz co zrobię?
- Nie chcę tego mówić na głos, ale wiem gdzie zmierzamy.
- Do końca?
- Znam cię Ryland jak mało kto. Wiem jaki jesteś. Nawet gdybyś ze mną dalej chciał być już nigdy byś mi nie zaufał, a co gorsza wiem, że mi tego nie wybaczysz. - Spojrzała na niego. Pokiwał głową.
- Masz rację Sav. Nie wybaczę ci tego. To zdecydowanie za wiele - odpowiedział.
- Czyli to koniec? - zapytała.
- Chyba tak.
- Nie sądziłam, że to tak się stanie.
- Ja też nie, ale wybrałaś.
- I żałuję - powiedziała.
- Najwidoczniej tak miało być. Nie byliśmy sobie pisani.
- Tak myślisz?
- Ja to wiem Sav. Gdyby miało być inaczej nie puściłabyś się z tym skurwysynem - syknął.
- Nienawidzisz mnie?
- Tak - szepnął.
- Czyli nie możemy liczyć na przyjaźń?
- Mowy nie ma.
- Każdy idzie w swoją stronę.
- Owszem. Zero kontaktu. Każdy żyje własnym życiem - powiedział.
- Będzie mi ciebie brakowało.
- Trzeba było myśleć Sav. - Podniósł się z fotela.
- Wychodzisz? - zapytała.
- Nie. Ja cię zostawiam Savannah. - Ruszył w kierunku drzwi.
- Ryland. - Odwrócił się, dziewczyna stała w progu.
- Co? - warknął.
- Bądź szczęśliwy - szepnęła.
- Żegnaj Sav - powiedział i wyszedł.


 Siedzieli na ławce w parku i obserwowali dzieci bawiące się na placu zabaw. Nie chciał nigdy skreślać tej relacji. Bardzo ją lubił i strata tak dobrej osoby na pewno by zabolała. Wie, że spotykanie z nią może nieco skomplikować mu życie. Jednak wolał zaryzykować.
- To nie skończy się dobrze - powiedziała.
- Wiem.
- Mówię serio Ross. Oczywiście działasz ze szlachetnych pobudek, ale kłamstwo to kłamstwo.
- Myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy?
- No chyba nie skoro wciąż brniesz w kłamstwo.
- Gdyby nie ja...nie miałaby nic. Dalej tkwiłaby w tej paskudnej knajpie.
- A co ma teraz? - zapytała.
- Ma mnie - odpowiedział. Brunetka spojrzała na niego.
- Co jej po tym? Skoro to wszystko zbudowane jest na kłamstwie?
- To, że ją kocham to nie jest kłamstwo.
- Czasami Ross miłość nie wystarczy. Potrzebne jest zaufanie, a Laura gdy się dowie to straci to zaufanie.
- To mam jej powiedzieć?
- Tak. Wolisz by dowiedziała się od kogoś?
- Nie. Jasne, że nie.
- To musisz to zrobić.
- To nie takie proste Kylie.
- To bardzo proste. Tylko ty to komplikujesz.
- Ja?
- Tak ty. Powinieneś jej od razu powiedzieć. Ukrywasz to przed nią. Zdobywałeś jej zaufanie a zataiłeś to przed nią. Gdy się dowie poczuje się oszukana.
- Wiem i się tego boję.
- Że odejdzie?
- Każdego dnia budzę się z tą świadomością.
- To dlatego nie chcesz jej powiedzieć? Bo odejdzie?
- Tak. Znam ją i wiem, że gdy jej powiem stwierdzi, że naruszam jej wolność i że chcę ją uzależnić od siebie. Ona na pewno mnie zostawi Kylie. - Ross spuścił głowę. Kylie poklepała go po plecach.
- Ross kochasz ją. Wiem o tym. Popełniasz jednak błąd. Nikt nie chce być oszukiwany.
- Ja chcę by była szczęśliwa, to dlatego to zrobiłem.
- Ja to wiem, ona może jednak tego nie zrozumieć. Wiesz o tym?
- Wiem - westchnął.
- To cię gryzie. Widzę to i podejrzewam, że Laura też to widzi.
- Aż tak?
- Tak Ross. Widać, że coś cię gnębi. Nie chcesz nosić tego ciężaru.
- Nie chcę, ale nie chcę stracić Laury. Pierwszy raz czuję, że żyję.  Ona jest moim życiem. Nie chcę tego stracić.
- Kłamstwo to nie droga do szczęścia Ross.
- Wiem. Niestety wiem. Tak bardzo ją kocham.
 
  Przejrzała zdjęcia jeszcze raz. Nie mogła uwierzyć, że ma takie szczęście. Czysty przypadek sprawił, że to dostało się w jej ręce. Teraz pokaże na co ją stać. Ta mała szmata ją popamięta. Nie będzie już odbijała jej chłopaka. Zniszczy Marano i odzyska Rossa. Ma przecież idealny plan.
- Co to jest? - zapytała Kim.
- Nie uwierzycie, ale to jest moja furtka do odzyskania Rossa.
- Jaka furtka? - odezwała się Brooke.
- Matko, ale wy tępe jesteście.
- Dziękuję - powiedziała uśmiechnięta Brooke.
- Dobra, pomijając waszą głupotę, to nic innego jak dokument potwierdzający, że ta mała szmata Marano nie ma żadnego stypendium - odpowiedziała z wyższością Blair.
- No, przecież ma. Nie stać jej by płacić.
- Nie ma. Ma jednak sponsora.
- Co? - odezwały się jednocześnie bliźniaczki.
- Tak, tej małej ktoś płaci za szkołę.
- Kto? - zapytała Kim.
- I to jest najlepsze, za szkołę płaci Ross Lynch.
- Co? - krzyknęły bliźniaczki.
- Tak. Ross Lynch płaci podwójne czesne.
- Czyli Laura z nim jest bo on płaci za szkołę? A to dziwka.
- Nie sądzę, Kim. Laura chodzi do szkoły dłużej niż z Rossem.
- Wiem! Może się ukrywali - powiedziała Kim.
- Nie, wątpię. Coś byśmy wiedziały. 
- Masz jakiś pomysł?
- Jasne, że mam. Laura nie wie, że Ross jest sponsorem jej studiów.
- Akurat. Musiałaby być totalną idiotką. - Brooke wybuchła śmiechem.
- Na pewno nie większą niż ty - syknęła Blair.
- To co teraz? Idziemy jej powiedzieć? - zapytała Kim.
- Nie. Mam lepszy pomysł.
- Jaki?
- Najpierw zadbajcie by nie miała dla niego czasu.
- Jak? - zapytała Brooke.
- Z kim ja pracuję? Jest u was sprzątaczką, no nie?
- Tak! Mamy dać jej mnóstwo pracy! - powiedziała Kim.
- Eureka! - syknęła Blair.
- Nasza matka, o to zadba.
- To wspaniale. A teraz opowiem wam co dalej - powiedziała i wtajemniczyła bliźniaczki w swój plan.
*** 
Hejka miśki. Jest tu kto? Mam taką nadzieję, bo mamy już 26 rozdział. Jeszcze 4 i koniec :(. Oby wam się podobało ;).  Z okazji Nowego Roku chciałam wszystkim czytelnikom złożyć życzenia. Życzę Wam w 2016 r. mnóstwa szczęścia, miłości i samych sukcesów.  By wszystkie Wasze marzenia spełniły się w Nowym Roku. Zera smutków czy żali, obyście przez cały rok bawili się doskonale.
Wasza Delly ♥



wtorek, 10 listopada 2015

Rozdział dwudziesty piąty


"Znajdź kogoś, kto nie będzie bał się przyznać, że za Tobą tęskni. Kogoś, kto wie, że nie jesteś idealna, ale będzie traktował Cię tak jakbyś była. Kogoś, kogo największym lękiem, będzie strach przed utratą Ciebie. Kogoś, kto odda Ci swoje serce w całości. Kogoś, kto mówiąc, że Cię kocha naprawdę będzie to czuł. Kogoś, kto będzie chciał budzić się przy Tobie każdego poranka i nawet widząc Twoje zmarszczki i siwe włosy, wciąż będzie zakochiwał się w Tobie na nowo."


  - Tak bardzo cię kocham - wyszeptał.
- Ja ciebie również - odpowiedziała. Siedzieli w jego pokoju. Musiała przyznać, że chłopak się postarał. Ustawił mnóstwo świec, a z głośników leciała piosenka Powerful Ellie Goulding. Siedzieli na kocu, na podłodze i Ross karmił ją lodami.
- Otwórz buzię - powiedział, dziewczyna posłusznie wykonała zadanie, za co dostała porcję lodów.
- Nie musisz mnie karmić - zaśmiała się.
- Muszę dbać o swoją dziewczynę, no nie? - Dał jej kolejną porcję.
- Jestem szczęściarą.
- I to, jaką. - Laura pacnęła go w ramię.
- Twoja pewność nie zna granic.
- Taki już jestem.
- Arogancki?
- Nie kochanie, pewny siebie.

- Można się pomylić - zaśmiała się. Uciszył ją pocałunkiem. Kochała go. Jednak nie znosiła myśli, że nie jest tą pierwszą. Dla niej wszystko było wyjątkowe. Każde ich spotkanie, każde słowo, gest. Nigdy nie była, aż tak zakochana. Jakby dobrze pomyśleć to w sumie nigdy nie kochała. Zawsze wstydziła się tego, kim jest. Nigdy żaden chłopak jej nie zauważył. Była sama. Sama z ojcem pijakiem i siostrą ćpunką. Ona i problemy. Dopiero Ross sprawił, że jej rzeczywistość stała się bardziej znośna. Lepsza. Jakby po burzy pojawiło się słońce. Niestety dla niego nie była to już taka nowość. Był facetem z przeszłością. Był z Blaire i z Kylie. Nie chciała myśleć, że mógłby z którąś z nich tak siedzieć i zajadać się lodami. Na samą myśl czuła zazdrość. Chciała by on przeżywał to tak wyjątkowo jak ona. Szkoda, że nie spotkali się wcześniej, że nie byli dla siebie tymi pierwszymi. Liczyła się, że zostawił jakąś swoją część Blaire i Kylie. Z nimi też miał jakieś wspaniałe chwile. Jednak bolało ją to.
- O czym myślisz? - zapytał. Spojrzała na niego. Szukała w nim jakiejkolwiek oznaki, że to co teraz robią nie ma dla niego znaczenia, jednak widziała tylko w jego oczach miłość. Czuła się wyjątkowa.
- Myślałam o nas - szepnęła. Ross poprawił się na kocu, wziął łyżkę lodów i dopiero po chwili się odezwał.
- Mam się bać?
- Nie. - Uśmiechnęła się słabo.
- O czym dokładnie myślałaś?
- Musisz znać każdą moją myśl?
- Po to żyję - odparł. Spojrzała na niego.
- Dla mnie wszystko co z tobą jest wyjątkowe. Nigdy nie kochałam. Nigdy nikogo tak naprawdę nie miałam. Zawsze byłam sama. 
- I co z tego?
- To, że dla ciebie to nie jest pierwszy związek.
- Boisz się, że nie jesteś dla mnie wyjątkowa? - zapytał. Pokiwała głową.
- Posłuchaj mnie uważnie. Jesteś wyjątkową kobietą i budzisz we mnie takie pragnienia, których nie czułem zarówno przy Blaire jak i z Kylie. Kocham cię i to się tylko liczy. Miłość. Nie bądź zazdrosna o moją przeszłość. To tylko przeszłość. 
- Kochałeś je?
- Kylie nie. Nawet nie byliśmy parą. 
- A Blaire?
- Wydawało mi się, że ją kocham - odpowiedział. Laura nie wiedziała jak zinterpretować jego słowa.
- Co oznacza "wydawało mi się" chyba człowiek wie, czy kocha czy nie.
- I tak, i nie. Byłem bardzo młody jak się z nią związałem. Była pierwszą miłością. Masz do niej sentyment, jednak to nie jest prawdziwa i dojrzała miłość.
- Czy jestem tylko w tobie zauroczona? Jesteś moją pierwszą miłością. - Ross uśmiechnął się pod nosem i wmusił w nią kolejną porcję lodów.
- To tylko ty czujesz. Sama musisz sobie odpowiedzieć. Jednak ja myślę, że to nie jest tylko zauroczenie.
- A co?
- Miłość. Przynajmniej ja tak to czuję. - Patrzyła na niego i nie wierzyła, że ma kogoś takiego u swego boku. Nie wytrzymała i wdrapała mu się na kolana. Pocałowała go.
- Kocham cię - szepnęła.
- Kocham cię - odparł.
- To co nas łączy jest takie zwyczajne, że aż wyjątkowe - powiedział.
- Wiem. Też czuję się przy tobie swobodnie.
- Jakbyśmy się znali od zawsze, no nie?
- Bo jesteśmy sobie przeznaczeni. - Pocałował ją, odłożył lody. Jego ręce wsunęły się pod jej bluzkę. Kochał jej ciało. Była boginią. Przesunął ręce wzdłuż boków. Nigdy się nią nie nasyci. Była wyjątkowa. Nie miał wątpliwości, że chce budzić się przy niej każdego ranka. Chce ją kochać.
- Co robisz w weekend? - wychrypiał.
- Teraz chcesz o tym gadać? - Poruszyła kusząco biodrami. Jęknął. Była jego narkotykiem. Uzależniał się z każdym kolejnym dniem.
- Tak. Może być i teraz.
- Bliźniaczki będą u Blaire, a wiedźma jedzie na podbój Vegas. - zaczęła całować jego szyję.
- Zaczęłaś się przygotowywać do przesłuchania?
- Ross - jęknęła.
- Zaczęłaś?
- Mam lepsze rzeczy do roboty - odparła.
- Może przyjdę w weekend i poćwiczymy?
- Będę zawalona pracą.
- To połączymy przyjemne i pożytecznym - powiedział, po czym położył ją na kocu. 
- Nie gadaj tylko weź się do roboty - powiedziała.
Nie czekał, aż powtórzy.

  Patrzyła na ludzi za oknem. Jedni siedzieli na ławkach inni zaś spacerowali. Niby wszystko wyglądało tak jak w normalnym świecie, ale to nie był normalny świat. To był świat narkomanów. Była tu już kilka tygodni, kilka długich tygodni gdy była czysta. Czuła się strasznie, oddałaby wszystko by wziąć działkę. Dopiero teraz wiedziała, co z niej zrobiły narkotyki. Nie była już tą samą dziewczyną co kiedyś. Sięgnęła dna, a najtrudniej jest się podnieść. Patrzyła na tych ludzi, każdy z nich to osobna historia. Większość z nich jest bardziej uzależniona od niej. Są gotowi zrobić wszystko by zdobyć upragniony lek. Tacy zazwyczaj nie chcą się leczyć. Są zdania, że przeboleją ten okres, a potem wrócą do ćpania. Patrzyła na nich i musiała przyznać, że kilka miesięcy temu była jak oni. Liczyły się tylko dragi. Była gotowa sprzedać rodzinę za ten biały proszek. Teraz miała cel. Miała, po co walczyć. Psycholog powiedział jej, że będzie już zawsze narkomanką, nigdy do końca nie wygra z nałogiem. Całe życie będzie musiała walczyć.
- Vanessa. - Odwróciła się na dźwięk jego głosu. Stał w progu i jej się przyglądał.
- Riker - szepnęła. Chłopak wszedł i usiadł przy stoliku, naprzeciw niej.
- Jak się trzymasz? - zapytał.
- Co ty tu robisz? Jak mnie znalazłeś?
- Laura mi powiedziała.
- Jak ona i Ross?
- Dobrze, powiedziałbym że nigdy nie widziałem swojego braciszka bardziej zakochanego. - Uśmiechnęła się, cieszyła się bowiem szczęściem siostry.
- Nie odpowiedziałaś, jak się trzymasz?
- A jak myślisz? Jestem na głodzie, jak mogę się czuć.
- Vanessa, nawet nie wiesz jak się cieszę, że poszłaś na odwyk.
- Bo nie skończę jak Emily - wyrwało się jej. Riker zmarszczył brwi i spojrzał za okno. Milczał. Zrobiło się jej głupio, pamiętała swój sen. Nie chciała by kiedykolwiek tak cierpiał jak wtedy w jej śnie.
- Czytałem twój list - powiedział po chwili. - Przypomniałaś mi w nim, jak ją znalazłem. Czułem wtedy jakby umarła cząstka mnie. Emily zabrała część mnie do grobu. Długo tkwiłem w tym przekonaniu. Dopiero ty. Ty wszystko zmieniłaś.  Jednak cały czas się bałem, że historia zatoczy koło. Ty też jesteś narkomanką. Jak ona. Co noc śniło mi się, że znajduję cię martwą, Wydawało mi się, że jak cię zostawię, to wszystko się ułoży. Zapomnę.
- I zapomniałeś? - zapytała. Riker odwrócił się od okna i spojrzał na nią.
- Nie, nie zapomniałem. Trudno zapomnieć osobę, którą się kocha.
- Kochasz mnie? - Do oczu zaczęły napływać jej łzy. Riker wstał i kciukami zaczął je wycierać.
- Tak. Zakochałem się w szalenie trudnej, skomplikowanej i pięknej dziewczynie. Starłem się z tym walczyć, ale nie mogę Van. Nie mogę cię zostawić.
- Ale ja jestem ćpunką Riker. Nie możesz mnie kochać. Jesteś dobrym facetem i zasługujesz na coś lepszego niż na takiego wyrzutka jak ja.
- Walczysz z tym i to się liczy.
- Zawsze będę narkomanką. To się nie zmieni.- Riker chwycił jej twarz w dłonie.
- Jak moje uczucia do ciebie - powiedział, po czym ją pocałował.

  Siedzieli na ławce w parku. Nie mieli pomysłu na resztę wieczoru. Byli na pizzy i w kinie, jednak żadne z nich nie chciało wracać do domu.
- Stary powinieneś iść do fryzjera, masz dłuższe włosy niż moja matka - rzekł Justin.
- Odpieprz się - warknął Ross.
- Wyglądasz jak debil w tym kucyku.
- Sam jesteś debil. Kto płacze w kinie?
- To był wzruszający film - oburzył się blondyn.
- Tak, komedia romantyczna. Bardzo wzruszające. - Dziewczyny się zaczęły śmiać.
- Dupek - syknął Justin.
- Dajcie chłopaki spokój. Co robimy? - zapytała Stacy.
- Ja mam kilka pomysłów, na to co chciałbym robić z Laurą.
- Ross! - Laura palnęła go w ramię. Znów wszyscy zaczęli się śmiać.
- No co?
- Jesteś walnięty.
- A nie mówiłem -wciął się Justin.
- Ej, bo mi się nudzi - powiedziała Stacy.
- Może chodźmy do sklepu i kupmy kilka piw - rzucił Justin.
- Genialny pomysł - powiedział sarkastycznie Ross.
- Potem możemy jechać nad jezioro.
- Nad jezioro? - zapytała Lau.
- Ross wie gdzie.
- Nic im nie mów - syknął Lynch.
- Co ma nam nie mówić? - zapytała z ciekawością Stacy.
- Nie nic, Ross ma pewne miłe wspomnienia z tym miejscem. - Zaśmiał się Justin.
- To idziemy czy nie? - Ross podniósł się z ławki.
- A czym tam pojedziemy, jeśli wszyscy będą pić? - zapytała Lau.
- Ktoś chce prowadzić? - zasugerował Ross.
- Ja nie mam prawo jazdy - odparła Lau.
- Ja chcę się nawalić - rzekł Justin.
- Ja też - dodała Stacy.
- Weźmiemy taksówkę - postanowił Lynch. Wszyscy ruszyli do pobliskiego sklepu. Ross nie puszczał ręki Lau. Wciąż miał wyrzuty sumienia, że ją okłamuje. Jednak wiedział jaka będzie jej reakcja jak się dowie. Na samą myśl, że mogłaby od niego odejść, robiło mu się niedobrze.
- Zróbmy zawody - rzucił Justin jak dotarli do sklepu.
- Jakie zawody?
- Kto najszybciej kupi piwa i jakieś zakąski ten wygrywa. - Roześmiali się.
- Kreatywnie kochanie. - Stacy pocałowała w policzek chłopaka.
- I pije za darmo przy następnym wyjściu - dodał.
- A jak ktoś przegra? - zapytała Laura.
- To czeka go zimna kąpiel w jeziorze. - Spojrzał wymownie na Rossa.
- O nie! - Zaprotestował blondyn.
- Co boisz się?
- Nie, ale ty jak zwykle mnie wyrolujesz. Poza tym dziewczyny nie mają szans.
- Spoko, podejrzewam, że są szybsze niż ty. - Zaśmiał się Justin. Weszli do sklepu.
- To, co? Ścigamy się?
- Ja wchodzę - odpowiedziała Laura. Ross spojrzał na nią zdziwiony.
- Jak Laura, to i ja.
- A ty Rossy?
- Ja również.
- Ok, to trzy, dwa... - wszyscy ustawili się do startu. - Jeden, zero, start! - ruszyli biegiem między alejkami. Laura widziała kątem oka jak Stacy i Justin się przepychają, Sama przebiegła dwie alejki zanim stwierdziła, że to bez sensu. Mogła tak biegać całą noc,  po tym supermarkecie. Postanowiła zwolnić i przyjrzeć się tabliczkom oznaczającym kolejne działy. Szła spokojnie i rozglądała się po półkach. Nagle poczuła, że coś na nią wpada i ją przewraca.
- O tu jesteś kochanie.
- Czemu mnie nie dziwi, że to ty?
- Bo to nasza tradycja - powiedział.
- Bardzo bolesna, ta tradycja.
- Dla mnie nie. Powiedziałbym, że nawet przyjemna.
- Nie dziwię się, w końcu to ty zawsze leżysz na mnie. - Cmoknął ją w usta.
- Nie marudź mała. - Wstał i pomógł jej się podnieść.
- Nie spieszysz się jakoś specjalnie - stwierdził.
- Bo nie chcę latać jak wariatka po sklepie. Mam nieco inną taktykę.
- Ciekawe jaką? - zapytał drwiąco.
- Nie powiem ci. - Nagle poczuła jak coś przyciska ją do półki. Czuła jego wargi na swoich. Całował ją żarliwie. Nie wiedziała, o co chodzi. Czuła w nim jednak desperację. Nie odepchnęła go, chociaż źle się czuła, gdy okazywał jej czułość w miejscach publicznych. Odsunął się od niej. Przyglądała się mu szukając odpowiedzi.
- Czasami mam wrażenie, że znikniesz - szepnął.
- Jestem tu. - Przesunęła dłońmi po jego policzkach.
- Kiedyś i tak odejdziesz - powiedział. Nie chciała w to wierzyć, ale w gruncie rzeczy się z nim zgadzała.

  Dojechali nad jezioro. Było już ciemno. Oświetlali sobie drogę latarkami, idąc na brzeg. Usiedli i wpatrywali się w przestrzeń wokół nich. Panowała cisza. Od czasu do czasu słychać było jak woda odbija się od drewnianego pomostu.
- Może zagramy w "Powiedz prawdę"? - zapytał Justin.
- Stary, chyba już za wiele wypiłeś - odezwał się Ross i zabrał butelkę chłopakowi.
- Co to za gra? - zapytała Stacy.
- Każdy z was mówi jakąś żenującą rzecz jaką wie o kimś z nas. Jeśli to prawda może się napić, jeśli nie, omija go kolejka.
- Czy wszystkie twoje gry związane są z alkoholem? - odezwała się Laura.
- Nie, część jest związana z kartami.
- Ok, to kto zaczyna?
- Ja! - pisnęła Stacy. - Laura straciła dziewictwo w wieku 19 lat. - Justin zaczął się śmiać, Laura poczerwieniała na twarzy, a Ross patrzył wszędzie, byle nie na swoich przyjaciół.
- Stacy!
- No, co? Tylko to mi przyszło do głowy.
- Stary, nie chwaliłeś się.
- Nie było czym - burknął Ross. Stacy napiła się łyka. - Teraz ja. - Chwycił butelkę i popatrzył na kumpla.
- Przez trzy miesiące chodziłem do baru, by gapić się na kelnerkę. Jednak nigdy nie zdobyłem się na to by się z nią umówić. - Pociągnął łyk.
- To nie było fair! - odezwał się Justin.
- Kim była ta kelnerka? - zapytała Lau.
- Miała na imię Stacy - parsknął Ross i przechylił butelkę. Wszyscy wybuchli śmiechem.
- Serio, przychodziłeś by się na mnie pogapić?
- Tak. Jestem ciotą.
- I to jaką - dodał Ross.
- Zamknij się! Teraz ja. Ross jak miał 13 lat umówił się z Becky Miller, jednak nie poszedł na randkę bo zwymiotował.
- Zamorduję cię. - Justin uśmiechnął się chytrze i pociągnął z butelki.
- Jak pojechaliśmy do Vegas, Justin tak się schlał, że tańczył w samych gaciach na rurze, a potem puścił pawia na kelnerkę.
- Już nie żyjesz! - wrzasnął Justin.
- Ross boi się pająków.
- Serio? - zapytała ze śmiechem Stacy.
- Bo powiem o przebierankach.
- Nie!
- O czym? - zapytała Stacy.
- Kiedyś na Halloween Justin, przyszedł ubrany w rzeczy swojej matki.
- Nieprawda!
- Miałeś na sobie jej sukienkę.
- Nie wiedziałam, że to cię kręci. - zaśmiała się Stacy.
- Jesteście wszyscy szurnięci - odezwała się Lau.

  Po tym jak dowiedziała się praktycznie wszystkiego o Rossie i Justinie, jej chłopak gdzieś zniknął. Justin był tak nawalony, że zasnął na trawie, a Stacy odpłynęła zaraz po nim. Laura zobaczyła Rossa jak stoi kilkadziesiąt metrów dalej i patrzy na wodę. Coś jej mówiło, że Ross nie mówi jej o wszystkim. Coraz częściej wpadał w taki stan. Jakby odpływał gdzieś myślami.
- Ross. - Chłopak odwrócił się.
- Nie śpisz?
- Nie. Co robisz?
- Myślę.
- O czym?
- Nic takiego. Chyba powinniśmy wracać.
- Ciekawe jak ich wciągniesz do taksówki.
- Fakt.
- Ross, co się dzieje?
- Nic. Po prostu odpłynąłem.
- Ross, nie zamykaj się przede mną - powiedziała.
- A zamykam się?
- Tak. Czuję, że coś jest nie tak.
- Wszystko w porządku - odpowiedział z naciskiem. Laura podeszła do niego.
- Proszę cię, porozmawiaj ze mną.
- Laura, jest dobrze. Zaufaj mi. - Mógł mówić co chce, ale wiedział, że wcale nie jest dobrze. Niestety, nie pozostawało jej nic innego, jak mu zaufać.
- Czemu odszedłeś z R5? - zapytała. Spojrzał na nią. Nie wiedział czemu, ale to pytanie było jak ostrze. Minęło kilka miesięcy, a on dalej stał w miejscu.
- Czemu pytasz?
- Bo...to wydaję mi się dziwne.
- Dziwne?
- Byliście bardzo sławni, i nagle ty zniknąłeś.
- Musiałem odpocząć.
- A teraz?
- Teraz, co? - Nie rozumiał do czego zmierza.
- Czemu nie wracacie, minęło już kilka miesięcy.
- Nie jestem jeszcze gotów - burknął.
- Nie chodziło o zmęczenie, prawda? - Spojrzał na nią. Wpatrywała się w taflę wody przed nimi.
- Nie, nie chodziło o zmęczenie.
- W takim razie, o co? - Wziął głęboki oddech. Zawsze wszystkim odpowiadał to samo, Wypalenie bla, bla, bla. Jednak doskonale wiedział, że nie to było przyczyną jego odejścia. Może tylko początkowo, już dawno sobie z tym problemem poradził. Jednak nadal nie czuł potrzeby powrotu.
- Wiesz, co to za uczucie gdy całe życie jesteś członkiem czegoś? - zapytał. Laura pokręciła głową. - Ciągle jesteś z kimś. Otacza cię masa ludzi. Każda godzina, minuta polega na spędzaniu czasu z tymi samymi ludźmi.
- I co z tego?
- Wszyscy patrzą na ciebie pod kątem grupy. Twoje pomysły muszą być akceptowane przez resztę.
- Chcesz powiedzieć, że miałeś dość własnego rodzeństwa?
- Tak - odpowiedział cicho.
- Czemu? Przecież, to chyba fajne być z rodziną.
- Nie zawsze. Miałem wrażenie jakby moje życie to był korowód czarno-białych dni. Codziennie te same głosy, te same twarze. Przestałem się cieszyć tym wszystkim. Chciałem być normalny.
- Nie jesteś.
- Wiem o tym.
- To czemu im tego nie powiesz?
- Czego?
- Że masz ich dość.
- Nie zrozumieją. Dla nich R5 to całe życie. Dla mnie już nie.
- Chcesz kariery solowej?
- Może.
- Wydaję mi się, że popełniasz błąd. Ja dałabym wszystko by mieć to co ty. Rodzinę. Robić z nimi wszystko. Wiem coś o byciu samym, i uwierz mi to nie jest fajne. Dałabym wszystko by mieć takie rodzeństwo jak ty. Myślę, że nie dasz bez nich rady, tak jak oni nie dadzą rady bez ciebie - powiedziała. Ross czuł, że znów ma o czym myśleć.
***




czwartek, 24 września 2015

Rozdział dwudziesty czwarty

Pozwól mi być twoim bohaterem
Nie ma miejsca, do którego nie pójdę
Kiedy potrzebujesz mnie przy tobie
Ja Będę tam, będę tam  - Superhero, Ross Lynch


  Nie czuła się dziś dobrze. Vanessa była w ośrodku, a ona czuła się nieco samotna. Wiedziała, że to głupie, bo miała Rossa, a jednak. W ciągu kilku miesięcy wszystko się zmieniło. Ojciec umarł, Vanessa zaczęła walczyć z nałogiem, a ona chodziła z gwiazdą muzyki pop. Miała wrażenie, że cały świat zmienił się odkąd w restauracji wpadła na Rossa. Może nawet wcześniej kiedy spotkała go na zajęciach z tańca. To dziwne, ale z dnia na dzień stawał się coraz ważniejszą cząstką w jej życiu. Chociaż od czasu do czasu miała wrażenie, że wisi nad nimi jakiś cień. Czuła, że chłopak coś chce jej powiedzieć jednak się wstrzymuje. To odczucie nie towarzyszyło jej ciągle, tkwiło gdzieś w głębi jej podświadomości, ujawniając się od czasu do czasu. Nie martwiła się już brukowcami, prędzej czy później ich związek wyjdzie na jaw i ona musi się z tym zmierzyć. Kochała go jednak i nie chciała pozwolić by strach zniszczył jej uczucie do blondyna. Zapukała do drzwi. Weszła powoli.
- O Laura, siadaj - powiedziała pani dyrektor. Laura zajęła miejsce naprzeciw kobiety. Ta wyjęła teczkę z jej nazwiskiem i przerzuciła kilka kartek.
- Wzywała mnie pani - odezwała się dziewczyna.
- Tak.
- Czemu?
- Mamy z tobą mały problem. - Na twarzy Lau pojawiła się niepokojąca zmarszczka.
- Problem?
- Tak. Mieliśmy tu małą zawieruchę i zginęła nam część dokumentów - powiedziała spokojnie dyrektorka.
- Zginęła część dokumentów?! Co ja mam z tym wspólnego?
- Cóż...zginęły twoje dokumenty - odparła spokojnie kobieta.
- Te od stypendium, prawda? - Głos dziewczyny drżał. Nie wyobrażała sobie utraty stypendium.
- Niestety tak.
- Tracę stypendium?
- Nie spokojnie, do końca semestru nic się nie zmieni. Jednak od nowa musisz przejść procedurę.
- Czyli?
- Złożyć dokumenty i stawić się przed komisją na przesłuchanie.
- Ale czemu? Przecież to nie moja wina, że zgubiliście moje dokumenty.
- Owszem. Jednak takie jest prawo. - Kobieta podniosła się dając znak, że to koniec rozmowy. 
- Kiedy będę miała przesłuchanie?
- Zadzwonimy do ciebie.
- Dobrze - odpowiedziała i wyszła. Wzięła deskorolkę i szybko pognała korytarzami by znaleźć swojego chłopaka. Wpadła na niego chwilę później.
- Och, Laura uważaj. - Złapał ją w pasie. 
- Ross... - wydyszała.
- Spokojnie, wdech wydech - Zaśmiał się.
- Byłam u dyrektorki - powiedziała, po twarzy Rossa przebiegł cień, jednak szybko zniknął. Puścił ją i szedł w kierunku swojej sali. Laura wzięła deskorolkę i szła obok niego.
- Tak? Co powiedziała?
- Uwierzysz, zgubili moje dokumenty od stypendium! - powiedziała żywo Laura. Ross nerwowo przełknął ślinę.
- I?
- I muszę przejść od nowa procedurę. To chore! - krzyknęła.
- Spokojnie, takie rzeczy się zdarzają prawda? - powiedział. Laura spojrzała na niego zirytowana.
- Ross mogę stracić stypendium. Muszę teraz stawić się na przesłuchaniu. Musze opracować jakiś układ. Takie rzeczy nie powinny się zdarzać - odparła.
- Spokojnie, nie stracisz stypendium. Pomogę ci się przygotować - powiedział z pewnością.
- Tak?
- Owszem. Będę zawsze przy tobie kiedy będziesz mnie potrzebowała - powiedział, po czym objął ja ramieniem. Czuł się teraz znacznie gorzej.

  Patrzył na swoje ręce. Wciąż widniały na nich poziome kreski. Ślady po przeszłości. Coś, co już na zawsze będzie z nim. Co najgorsze miał wrażenie jakby jego historia zatoczyła koło. Znowu stracił ukochaną osobę na rzecz narkotyków. Jednak teraz nie rzucił się w wir alkoholu i cięć. Teraz siedział w pokoju i patrzył się godzinami w okno, albo w nacięcia na swojej skórze. Próbował pozbierać siebie i złożyć od nowa. Kolejny raz kogoś stracił. Ile jeszcze? Ile jeszcze razy, ktoś go opuści? Ile jeszcze razy będzie przeżywał ten ból? Czuł jakby jakaś otchłań go wciągała. Z transu wyrwało go pukanie do drzwi.
- Proszę! - krzyknął. Do pokoju wszedł Ross. Mimo problemów Riker dostrzegł, że młodszy brat ma kłopoty.
- Hej, mogę? - zapytał. Riker skinął głową. Ross wszedł i usiadł na łóżku.
- Coś się stało? - zapytał starszy blondyn.
- Mam coś dla ciebie.
- Dla mnie?
- Tak. Laura kazała mi to przekazać. - Riker już wiedział, że Lau i Van to siostry. Spodziewał się przesyłki od Vanessy. Ross wyciągnął białą kopertę i podał bratu. Ten jej się chwilę przyglądał.
- Wszystko w porządku Ross?
- Nie - odparł szybko.
- Problemy z Laurą?
- Męczą mnie cienie przeszłości. Nie bardzo wiem jak je jej wyjaśnić, by ją nie stracić.
- Chcesz o tym pogadać?
- Nie. Sam muszę to ogarnąć. - blondyn podniósł się i ruszył do drzwi.
- Ross?
- Tak?
- Najlepszym lekarstwem jest prawda - powiedział Riker. Ross kiwnął głową i wyszedł z pokoju. Chłopak siedział i przyglądał się kopercie. Nie miał kontaktu z Van od tamtego popołudnia jak przyszła tu do domu. Wybrała narkotyki, więc kazał jej dać mu spokój. Czasami żałował tego, co wtedy powiedział. Że dał jej ultimatum. Jednak zdawał sobie sprawę, że nie może tego dłużej ciągnąć. Narkotyki będą ją zabijać powoli, a on będzie musiał na to patrzeć, tak jak kiedyś patrzył na śmierć Emily. Nie chciał by kolejny raz ktoś bliski umarł mu na rękach. Musiał więc, to skończyć. Czuł jednak pustkę w sercu. Tak jakby właśnie część jego duszy umarła. Wcześniej to czuł po stracie Emily. Rozerwał kopertę i od razu rozłożył kartkę. Dostrzegł ładne, kobiece pismo. Wiedział, że to od niej. Ręce mu drżały. Zaczął czytać:
Drogi Rikerze!
  Wiem, że zapewne nie chcesz mnie już znać. Nie winię Cię za to. Rozumiem. Nie chcesz bym była jak druga Emily, a póki co nie zrobiłam nic by przekonać Cię, że nią nie jestem.
   Pewnie zastanawiasz się po, co ta ćpunka do ciebie pisze. Zdaję sobie sprawę z tego, że lepiej by było trzymać się od Ciebie z daleka. Nie potrafię jednak tego zrobić. Gdy spotkałam Cię w parku myślałam, że jesteś kolejnym gościem, który myśli, że ma prawo mówić mi jak mam żyć. Poniekąd nim byłeś i jesteś. Nie naciskałeś jednak na mnie. Jako jedyny rozumiałeś ból jaki w sobie noszę. Rozumiesz co to znaczy winić się za śmierć ukochanej osoby. To sprawiało, że lubiłam z Tobą gadać. Słuchałeś, nie krzyczałeś, ani nie oceniałeś mnie tak jak inni. Starałeś się uświadomić mi, że nie jestem sama, że mam dla kogo żyć. Początkowo myślałam, że to tylko czcze gadanie, lecz z każdym dniem kruszyłeś mur jaki wokół siebie zbudowałam. Gdy kazałeś mi wybierać, chciałam powiedzieć, że dam radę się zmienić. Uwierz mi,  naprawdę chciałam tego dokonać. Brakowało mi jednak wiary w siebie i poniekąd motywacji. Myślałem, że mogę być w takim stanie pomiędzy. Szybko zrozumiałam, że zrobiłam błąd. Czułam jakbym straciła cząstkę siebie. Tak wiele we mnie zmieniłeś. Zrozumiałam, że mam dla kogo walczyć. Dla Ciebie, dla Lau, ale przede wszystkim dla ciebie.
     Śniło mi się ostatnio, że umarłam. Przedawkowałam i utopiłam się w wannie niczym ta Twoja...Emily. Co najgorsze to Ty i Laura mnie znaleźliście. Widziałam siebie martwą, byłam na własnym pogrzebie. I wiesz co? Czułam się bezsilna. Chciałam Was pocieszyć, być z Wami, ale byłam jakby za szybą. Mogłam tylko patrzeć jak ucieka moja szansa na szczęście. To było do bani.
     Postanowiłam, więc iść na odwyk. Nie wiem po, co Ci to mówię, ale chcę byś wiedział, że walczę ze sobą.
Mam nadzieję, że znajdziesz swoje szczęście.
Vanessa.
Poszła na odwyk, walczy. Poczuł jak wraca do niego nadzieja.
- Też mam nadzieję, że znajdę swoje szczęście Vanesso. - szepnął  i zaczął czytać list jeszcze raz.

  Podeszła do okna. Była mocno zaniepokojona. Ross siedział w ogrodzie z gitarą. Niby całkiem normalny widok, często mu się to zdarzało. Jednak czuła, że brata coś męczy, tak jak wtedy gdy szukał Kopciuszka. Teraz wyglądał tak samo. Pogrążony w myślach. Może ma kłopoty z Laurą? Nie sądziła jednak, by się rozstali. Widziała jak brat na nią patrzy. Zakochał się, to pewne. Jej obawy potwierdził Riker, który powiedział, że Rossa coś gnębi. Wyszła na zewnątrz i usiadła koło niego. Chwilę grał, a potem ucichł.
- Co cię gryzie Ross?
- Nic.
- Daj spokój. Dobrze wiesz, że mnie nie oszukasz. - Ross uśmiechnął się i spojrzał na nią. Jeśli chodzi o Rydel, to nie dało się przed nią nic ukryć.
- Nie spędzasz czasu z Laurą?
- Nie - odparł krótko.
- Coś się stało?
- Nie. Dziś pracuje u Hannah. Powiedziała, że pewnie będą ją trzymać do późnej nocy i przenocuje u nich.
- Pokłóciliście się?
- Czemu tak sądzisz?
- Bo..jesteś przybity. Nie tak wygląda człowiek zakochany - odpowiedziała. Ross westchnął.
- Jeśli pytasz czy jestem szczęśliwy to tak. Nigdy nie byłem bardziej.
- Jakoś tego nie okazujesz - docięła mu.
- Kocham ją do szaleństwa. W życiu tak nie kochałem. Mam wrażenie, że ona jest tą jedyną. To szalone Rydel, prawda? Mam 19 lat i czuję, że Laura powinna być moją żoną. Jestem chory.
- Tym się tak przejmujesz?
- No sama powiedz, czy myślisz o Ratliffie jako potencjalnym mężu?
- No, może nie wybiegam tak w przyszłość. Ross, mam 22 lata, ale oczywiście może kiedyś mogłabym...ale chyba nie chcesz się jej oświadczyć?
- Nie - prychnął.
- To o co chodzi?
- Oszukuję ją. - Zapadła cisza. Rydel czekała, aż brat coś dopowie.
- Jak to ją oszukujesz? Zdradzasz ją?
- Nie! - Stanowczo zaprzeczył Ross - Za bardzo ją kocham.
- To nie rozumiem. Co takiego zrobiłeś?
- To, że Laura studiuje to nie przypadek - powiedział cicho.
- Co?! Jak to nie jest przypadek?
- Ja płacę za jej studia.
- I ona nic o tym nie wie? - zapytała Rydel.
- Nie. Nie wie.
- Ale czemu? Ona nie ma stypendium?
- Kiedyś wracałem skądś i przechodziłem koło restauracji, usłyszałem muzykę w zaułku za restauracją. To ona tam śpiewała i tańczyła. Schowałem się i ją nagrałem.
- Co zrobiłeś?!
- Nagrałem. Wiem, to głupie. Była cudowna. Po prostu genialna. Ona urodziła się po to, by tańczyć. Gadałem z nią. Wtedy opowiedziała mi o ojcu pijaku i siostrze ćpunce. I wiesz co? Poczułem się strasznie. Jesteśmy w tym samym wieku. Jednak ona nie miała nic, nie przyjęli jej na uczelnię. Ja mogłem wszystko.
- Postanowiłeś jej pomóc - powiedziała Rydel. Ross pokiwał głową.
- Początkowo myślałem, by zanieść nagranie do jakiejś agencji tancerzy. Jednak ona marzyła o rozwijaniu się i nauce. Całe popołudnie oglądałem ten przeklęty filmik. Postanowiłem pogadać z rektorem uczelni. Riker poszedł ze mną. Chciałem namówić ją, by dała Lau stypendium. Ona powiedziała jednak, że się nie da. Rozumiesz co to znaczyło dla Laury? Nie mogłem tak tego zostawić. Powiedziałem, że będę płacił za jej studia.
- No, ale Laura myśli, że ma stypendium, prawda? Musiała dostać jakiś dokument z uczelni.
- Kazałem wydrukować ten kwitek dyrektorce. Podrzuciłem go Laurze. Widziałem jak się cieszyła. Nie sądziłem wtedy, że zostanę jej chłopakiem.
- Nie możesz jej powiedzieć?
- Nie. Odeszłaby. Nie chodzi o pieniądze Rydel. Ona myślałaby, że ją kupiłem, a dodatkowo okłamałem.
- Skąd ta pewność?
- Bo, już raz zapłaciłem. Tylko, że za pogrzeb jej ojca. To ona znalazła ciało i spotkałem ją potem w parku. Powiedziała, co się stało. Nie miała grosza na pogrzeb. Cholera, nie chciałem by jej ojciec był chowany jak jakiś bezdomny. Zapewniłem temu pijakowi godny pochówek. Niestety Lau się dowiedziała. Wściekła się. Gorzej, widziałem w jej oczach ból. Zraniłem ją tym gestem. Teraz będzie gorzej. Bo, to ukrywałem.
- Ross, musisz jej powiedzieć. Nie możesz jej okłamywać. To nie fair w stosunku do niej.
- Nie mogę Rydel. Nie mogę - powiedział załamany i szybkim krokiem wyszedł.
- Ross! - krzyczała za nim Rydel. To nie może się dobrze skończyć - pomyślała.

 Dzień u Hannah bardzo się jej dłużył. Tęskniła za swoim blondynem. To niesamowite jak można kogoś pokochać. Pierwszy raz od wielu lat czuła się szczęśliwa. Martwiła się sprawą stypendium i reakcją Rossa na tą wiadomość. Odkąd mu powiedziała zachowuje się dziwnie. Do głowy przychodziła jej pewna myśl, ale nie chciała w nią wierzyć. Nie posunął, by się do tego. Nie Ross. Usłyszała skrzeczący głos wiedźmy.
- Laura! - Przewróciła oczami. Poszła do salonu. Hannah siedziała z jakąś zieloną mazią na twarzy i zajadała skrzydełka z KFC. Lau musiała powstrzymywać się od śmiechu, bo przypominała jej Shreka.
- Coś się stało? - zapytała.
- Ileż to można na ciebie czekać, co?
- Byłam w kuchni.
- Chcę herbaty.
- Jaką mam pani zrobić?
- Chcę zieloną herbatę.
- Dobrze, już robię - powiedziała i zaczęła wycofywać się z salonu. Niestety wiedźma miał inne plany.
- Lauro usiądź - rzekła. Laura spojrzała na nią podejrzliwie.
- No siadaj - rozkazała. Lau przysiadła na krześle.
- Co u ciebie słychać, kochaniutka?
- Nic - odparła Laura.
- Chyba jednak coś się dzieje. Słyszałam, że masz nowego chłopaka.
- Mam.
- Podobno to nie byle kto. Tylko Ross Lynch z R5.
- Tak. Chodzę z Rossem - odparła Lau.
- Myślisz, że on cię kocha?
- Do czego zmierzasz Hannah? - Lau nie kryła już frustracji.
- Nie sądzisz, że on cie wykorzystuje?
- Od kiedy się mną martwisz? - spytała ostro.
- Od zawsze. Jesteś córką mojej najlepszej tancerki. Zależy mi na twoim dobrze.
- Akurat - mruknęła Lau.
- Co mówisz?
- Nic - odparła.
- Tak się składa, że poznałam pana Lyncha. Wiesz jestem światową gwiazdą.
- Raczej byłaś - mruknęła dziewczyna. Hannah jej nie usłyszała.
- Pomyślałam, że dobrze będzie stworzyć z nim duet. Wiesz nowy hit. Jednak okazało się, że ten chłopak to niesamowity egoista i materialista. Poza tym, jest niewychowany. Spójrz, zostawił zespół bo zachciało mu się solowej kariery. Pozbawił własne rodzeństwo marzeń i kariery. To niezbyt szlachetne z jego strony, nie sądzisz?
- Do czego zmierzasz?
- Będę szczera. Lepiej nie zaprzątaj sobie nim głowy. To nie chłopak dla ciebie. Ty jesteś sprzątaczką, on gwiazdą. To się nie uda, kochana. On się tobą bawi, zostawi cię jak tylko mu się znudzisz. - Te słowa zabolały Laurę. Z trudem powstrzymała łzy.
- Pójdę zrobić herbatę - powiedziała i wyszła.

  Spojrzała na siebie. Wyglądała jak hipiska. Zresztą wszystkie tak wyglądały. Bowiem tematem przewodnim były dzieci kwiatów. Prócz Delly nie znała nikogo. Siedziały przy stole i popijały herbatę. Rydel ciągle coś nadawała. Laura musiała przyznać, że ta impreza była całkiem zabawna. Głownie ze względu na siostrę Rossa. Rydel powiedziała jej, która to dziewczyna Rocky'ego i Ryland'a. Chwilę z nimi rozmawiała. Kendall odnosiła się do niej z rezerwą, natomiast Savannah była bardzo przyjemna. Lau od razu ją polubiła. Poczuła, że ktoś na nią patrzy. To ta szatynka. Chyba to siostra Kendall, bo obie są bardzo podobne. Nie wiedziała czemu, ta dziewczyna tak ją obserwuje. Już kilka razy podczas przyjęcia przyłapała ją na gapieniu się na nią. Rydel wyszła zaparzyć herbaty, kilka dziewczyn poszło za nią. Lu wstała od stołu i wyszła do ogrodu. Bardzo jej się tu podobało. Znowu poczuła, że ktoś ją obserwuje. Odwróciła się i zobaczyła tamtą dziewczynę.
- Cześć - powiedziała. Dziewczyna podeszła do niej i przyglądała jej się chwilę.
- Cześć - odpowiedziała.
- Jestem Laura.
- Wiem - przerwała jej. - Znam cię.
- Och, a ty kim jesteś?
- Kyle.
- Sorry, ale nie kojarzę cię.
- Nic dziwnego, nigdy mnie nie widziałaś. - Laura spojrzała na nią zdziwiona. Kim jest ta dziewczyna?
- To skąd mnie znasz? - zapytała.
- Z balu.
- Z balu?
- Tak i z opowiadań Rossa.
- Znasz Rossa? - Laura była mocno zaniepokojona. Czuła, że ta dziewczyna pała do niej niechęcią.
- Tak.
- Skąd?
- Można powiedzieć, że to mój były. - Te słowa zmroziły Laurę. Nigdy nie pytała Rossa o jego przeszłość. ale w sumie sądziła, że chodził tylko z Blaire.
- Och.
- Był ze mną wtedy na balu - wypaliła Kyle.
- Co?! Jak to? Przecież...
- Tańczył wtedy z tobą. Wiem. Widziałam.
- Byłaś z nim na balu?
- Tak. Po tym się rozstaliśmy.
- Przeze mnie?
- Bystra jesteś. Tak, przez ciebie. - Lau opuściła głowę. Miała już tego dość. Hannah, bliźniaczki, fanki, Blaire a teraz jeszcze Kyle. Żadna z nich jej nie lubi. Każda uważa że Ross zasługuje na coś lepszego. Czy tak właśnie jest? Może nie powinna go więzić? Za dużo ich dzieli. Jednak tak mocno go kocha.
- Nigdy jednak nie widziałam go bardziej szczęśliwego - powiedziała Kyle. Lau spojrzała na nią. Nic nie rozumiała.
- Jak to? - zapytała zdezorientowana. Kyle uśmiechnęła się pod nosem.
- On cholernie cię kocha, mam nadzieję, że ty jego również. Zasługuje na to.
- Wiem, kocham go.
- To dobrze. Opiekuj się nim - powiedziała po czym wróciła do środka. Laura chwilę jeszcze stała i patrzyła na zachód słońca.
- Będę - szepnęła.
***
Hejka miśki. Dzwudziesty czwarty rozdział za nami. Dziękuję za komentarze pod poprzednim, a zwłaszcza anonimowi, który zjechał mnie za interpunkcję xD Tak, niezbyt miło się to czyta, ale takie rady się przydają. Nie ukrywam, że interpunkcja była i jest moją słabą stroną. Cóż człowiek całe życie się uczy. Kiedy kolejny rozdział? Nie wiem :D Teraz wyjeżdżam na studia. Więc pewnie przez jakiś czas nic się nie pojawi. Jednak zamierzam wrócić. Został bowiem tylko sześć rozdziałów. Szkoda byłoby teraz przerwać.
Liczę na wasze komentarze.
Pozdrawiam.
Delly♥





  

niedziela, 6 września 2015

Rozdział dwudziesty trzeci

‘Przywieram do niej tak mocno, jakbym chciał wniknąć do jej wnętrza. Mam wrażenie, że moje serce to właśnie próbuje zrobić, zanurzyć się w jej piersi i na zawsze tam pozostać.’ - "Maybe Someday"
  Siedzieli razem w kuchni. Lubił takie wspólne wieczory. Tylko we dwoje. Rydel szykowała przekąski, szykowali się bowiem na maraton filmów fantasy. Cieszył się, że nie musi już ukrywać swoich uczuć do niej. Przez wiele lat był tylko przyjacielem. Fakt, Rydel przez ten czas nikogo nie miała, ale i tak nie było mu łatwo. Tyle razy chciał ją pocałować, potrzymać za rękę, a nie mógł. Bo był tylko przyjacielem. Patrzył jak z roku na rok rozkwita. Chciał być ważną częścią jej życia. Teraz jest. Pamięta ten okres gdy go unikała. Wszytko dlatego, że przestał się ukrywać. Ciężko znosił jej odrzucenie, jednak wreszcie udało mu się dotrzeć do jej serca. Razem wiele przeszli, zwłaszcza jego wypadek. To był trudny okres. Jednak ten koszmar umocnił ich związek. Oboje wiedzą, że są ze sobą nie tylko na dobre, ale i na złe. Kochał ją. Kochał jej humoru, je włosy. Kochał jej pełne piersi i ładny tyłek. Kochał jej oczy. Kochał jej śmiech, jej usta. Kochał to jak na niego patrzy. Kochał w niej wszystko. Nawet to, że lubiła z nim oglądać "Bloggerki świata mody". Chociaż wkurzał go ten program. Teraz może ją przytulić na oczach wszystkich, ba może ją nawet pocałować. Jest wreszcie jego i nie musi tego ukrywać. 
- O czym myślisz? - zapytała Rydel.
- O nas. - odparł.
- A dokładniej?
- O tym jak musiałem ukrywać uczucia do ciebie, o tym jak potem wyznałem wszystko, a ty mnie unikałaś, o tym jak wreszcie cię zdobyłem no i o moim wypadku.
- Sporo przeszliśmy. - podsumowała Rydel.
- Trochę.
- Co to znaczy? - Rydel odwróciła się do niego.
- Ale co?
- No to, że wiele przeszliśmy. Co to znaczy dla nas? - Ratliff popatrzył na nią. Była taka piękna i cała jego.
- Co to znaczy dla nas? Nie wiem. Może to, że jesteśmy dla siebie stworzeni?
- Tak myślisz?
- Że jesteśmy dla siebie stworzeni? Tak. Tak myślę. A ty nie?
- Chcę tak myśleć. - odparła cicho.
- Niczego nie jestem tak pewien w życiu niż tego, że cię kocham.
- Ja ciebie też kocham. - odparła i pocałowała go.
- Może pojedziemy gdzieś w weekend? - zaproponował Ratliff.
- W ten weekend mam swoją babską imprezę.
- Ooo. - chłopak posmutniał.
- Ale w następny jestem wolna. - uśmiechnęła się.
- Cóż będę czekać.
- Tym razem nie tak długo. - uśmiechnęła się.
- Mam nadzieję.
  
  Blaire trzy razy czytała nagłówek w serwisie plotkarskim. Nie wierzyła, w to co widzi. Jakim cudem? Miała nadzieję, że ten głupi serwis się myli. Nikt nie odbierze jej Ross'a, a zwłaszcza ta sierota Marano. Pewnie wzięła go na litość. Ona pamięta jaki Ross był ckliwy dla takich nieudaczników. Pobawi się nią, a potem wróci do swojej prawdziwej miłości czyli jej. 
- Mówiłyśmy. - powiedziała Kim. Brooke w tym momencie próbowała wyjąć brokuł spomiędzy zębów.
- A to franca! - syknęła Blaire.
- Cały internet zastanawia się kim jest dziewczyna z metra, a to Laura! - pisnęła Brooke.
- Jakim cudem oni razem...? Ugh! Nic z tego nie rozumiem.
- Nas nie pytaj. - powiedziała Kim.
- Przecież to wasza sprzątaczka! Za mało jej pracy dajecie?
- Podobno jest dziewczyną z balu. - odparła Brooke.
- Co?! - wrzasnęła Blaire.
- Ty idiotko miałaś jej nie mówić. - Kim popchnęła Brooke, a ta jej oddała.
- Ta mała sierota była na balu?! - spytała Blaire.
- Tak mówią.
- Pokręciła tyłkiem przed nim i ten idiota za nią poszedł.
- Mówiłaś, że go kochasz.
- Kocham, nie kocham, ale jak on mógł mi to zrobić?! Związać się ze sprzątaczką? Przecież to...obraza dla niego i dla mnie.
- Ładna jest. - mruknęła Brooke. Blaire mordowała ją wzrokiem.
- Co z tym zrobisz? - zapytała Kim.
- Zniszczę ją. Raz na zawsze nauczy się, że ze mną się nie zadziera.
- Co masz na myśli?
- Zniszczę ją i zabiorę jej Ross'a.
- Jak chcesz to zrobić?
- Wystarczy ich skłócić, a dalej Laura zniszczy się sama. - zaśmiała się Blaire.
- Kto by chciał się sam zniszczyć? - mruknęła Brooke. Dziewczyny przewróciły oczami.
- Jesteś głupia Brooke. - syknęła Blaire.
- Może. Kim tak często do mnie mówi.
- I chyba mam rację. To kiedy zaczynamy?
- Niedługo. Niedługo dziewczęta. Dajmy im jeszcze trochę czasu. Niech Laura mu zaufa. Będzie ją później bardziej bolało. - odparła Blaire.

  - Kylie! Kylie!
- Co? - do pokoju weszła brunetka.
- Nie widziałaś mojego białego topu? - spytała Kendall.
- Jest w praniu, miałaś go na sobie we wtorek. - zaśmiała się dziewczyna.
- Serio?
- Serio. Boże co ty beze mnie zrobisz?
- Widziałaś się z mamą?
- Nie, dzisiaj nie.
- Co planujesz dziś robić? - zapytała Kendall.
- Nie wiem. Kimberly chciała mnie zabrać na zakupy.
- Dzień ze starszym rodzeństwem?
- Ty wychodzisz, a sama nie będę siedzieć. - odparła Kylie.
- Rydel zaprasza cię na imprezę w sobotę popołudniu.
- To ta herbaciana imprezka? - zaśmiała się czarnowłosa.
- Tak. Musisz przyjść. Jest zajebiście, same dziewczyny w oldskulowych ciuchach. Po prostu świetnie.
- Kto tam będzie?
- Ja, Rydel, Savannah, kilka koleżanek Rydel i dziewczyna Ross'a.
- Kto? - Kyle spojrzała zdziwiona na siostrę.
- Nie słyszałaś?
- Czego?
- Patrz. - Kendall weszła na stronę plotkarską. Pierwsze co zobaczyły to duży tytuł: "Kim jest tajemnicza dziewczyna z metra?!". Kylie prześledziła krótki artykuł i obejrzała zdjęcia Ross'a i jakiejś dziewczyny.
- To ta dziewczyna. - zakryła usta.
- Ta z balu?
- Chyba, zdjęcia są słabej jakości, a ona miała wtedy maskę, ale to chyba ona.
- Kylie...
- Nie Kendall. Wszystko dobrze. Ross to przeszłość. Wybrał ją nie mnie.
- Tak mi przykro Ky. - przytuliła siostrę.
- To dobrze, że jest szczęśliwy. Ja też powinnam.
- Nie sądzisz, że powinnaś z nim porozmawiać? - zasugerowała Kendall.
- Niby o czym?
- Tak naprawdę nigdy nie zakończyłaś tego rozdziału.
- Nieprawda. To przeszłość. On ma teraz dziewczynę i nie chcę tego rozdrapywać.
- Uważam jednak, że dopiero jak z nim porozmawiasz poczujesz się wolna. Wiem, że przeżyłaś tą sprawę z Ross'em, ale oboje potrzebujecie odpowiedzi na niezadane pytania.
- Kendall. - westchnęła.
- Chodź ze mną do Lynch'ów.
- Nie!
- Kylie. To ci pomoże.
- Niby jak?
- Uwierz mi, wreszcie poznasz odpowiedzi na te gnębiące cię pytania. Poza tym oczyścisz atmosferę między wami.
- Nie lepiej go unikać i zapomnieć?
- A zapomniałaś?
- Nie. - westchnęła cicho.
- Widzisz. Poza tym, czujesz coś do niego? - zapanowała cisza. Kyle spojrzała w okno. Zamyśliła się. Czy kocha Ross'a? Czy kiedykolwiek go kochała? Czuła coś do niego, może nie była to miłość, ale coś w stylu zauroczenia. Liczyła na więcej. Jednak on wolał tą dziewczynę. Jednak teraz...na myśl o nim czuła...nic.
- Nie Kendall. Nie kochałam go, ani nie kocham. - odparła.


  R: Tak kochanie, czytałem.
L: Ross, boję się. Co jak ludzie zaczną mnie rozpoznawać na tym zdjęciu?
R: Nie bój się. Już gadałem z odpowiednimi ludźmi. Nie ma co się na zapas przejmować. Poza tym musisz się do tego przyzwyczaić. Jesteś moją dziewczyną.
L: Wiem, że powinnam.
R: Pamiętaj, że masz mnie. Damy radę.
L: Boję się, że twoje fanki zaczną na mnie wieszać koty. Wiesz one by chciały, abyś był ich. Martwi mnie to.
R: Laura, posłuchaj. Po pierwsze będąc moją dziewczyną musisz zaakceptować fakt, że jestem osobą publiczną. Po drugie nie przejmuj się fankami. Prędzej czy później to zaakceptują.
L: Tak sądzisz?
R: Tak.
L: Może masz rację. Nie ma co panikować. Kocham cię.
R: Ja ciebie też.
L: Co robisz?
R: Teraz? Gadam z tobą.
L: Hahaha bardzo śmieszne, a poza tym?
R: Zamierzam obejrzeć "Romeo i Julia".
L: Znowu? Jesteś uzależniony.
R: Jak ty od "Pretty woman".
L: Ja nie oglądam  tego w kółko.
R: Oszukuj się dalej.
L: Muszę iść w poniedziałek do dyrektorki.
R: Tak? Po co?
L: Nie wiem. Dziwne, ale kazała mi się tam stawić w sprawie stypendium. Myślałam, że już wszystko w tej sprawie mam załatwione.
R: Spokojnie, może brakuje im jakiś dokumentów. Na pewno ci nie cofną stypendium.
L: Nawet tego nie mów! To byłby mój koniec.
R: Jesteś pewna, że mam dzisiaj nie przyjeżdżać?
L: Tak. Jutro odwożę Vanessę do ośrodka. Chciałyśmy spędzić ten wieczór we dwie.
R: W takim razie widzimy się w szkole?
L: Raczej.
R: Muszę kończyć.
L: Ile dziś gadaliśmy?
R: Czekaj sprawdzę. Jakieś dwie godziny.
L: Będziesz płacił kolosalne rachunki.
R: Mam bez limitu kotku.
L. Dobranoc Ross.
R: Dobranoc kotku.
Rozłączył się. Miał wyrzuty sumienia. Wiedział, dlaczego dyrektorka kazała Laurze stawić się u siebie w poniedziałek. Powinien jej powiedzieć, że póki co on płaci za jej szkołę. Powinien, jednak tego nie robi. Pamięta jak zareagowała gdy zapłacił za pogrzeb jej ojca. Nie chce jej stracić. Sam nie wiedział czy postępuje właściwie, jednak to wyjście było łatwiejsze. Do pokoju wszedł Rocky.
- Ross masz chwilę?
- Tak. Właśnie skończyłem gadać z Laurą.
- Masz gościa. - chłopak odsunął się i zobaczył Kylie. Zaskoczył go ten widok. Nie widział jej od balu. Dziewczyna weszła do pokoju i usiadła na łóżku. Rocky zostawił ich samych. Milczeli chwilę. Czuli się niezręcznie.
- Cześć Kylie.
- Cześć. - odpowiedziała.
- Co u ciebie?
- Dobrze.
- Ok. Kylie nie rozumiem, po co przyszłaś.
- Chciałam pogadać.
- Ze mną? O czym?
- O tym co się stało. Kendall twierdzi, że powinniśmy pogadać.
- Aha. Przepraszałem cię już.
- Wiem. Masz dziewczynę?
- Tak.
- To ta z balu? To jej szukałeś?
- Tak.
- Jesteś z nią szczęśliwy?
- Bardzo.
- Kochasz ją?
- Kocham.
- Wiesz jak się czułam po tym balu?
- Kylie, przepraszam. Wiem, że nie powinienem tak się zachować.
- Czułam się jak idiotka. Wiem, że to nie był mój bal, ale...miałam nadzieję na wyjątkową noc. Rozczarowałam się.
- Przepraszam - westchnął.
- Nie przepraszaj.
- A ty masz kogoś?
- Nie. Nie mam. Po tym wszystkim jakoś wycofałam się z życia towarzyskiego - zaśmiała się.
- Przepraszam.
- Mam pytanie.
- Jakie?
- Powiedz mi, bo to mnie cały czas męczy. Czy jak zacząłeś się ze mną spotykać to ona była dla ciebie ważna?
- Co masz na myśli?
- Czy już od początku byliśmy spisani na straty?
- Nie wiem, co ci powiedzieć Kylie. Znałem ją. Zawsze była chyba dla mnie ważniejsza, ale nie nie byliśmy spisani na straty. Nie sądziłem, że...że się w niej zakocham.
- Rozumiem.
- To było coś nagłego. Myślę, że po prostu nie byliśmy sobie pisani. Byliśmy raczej jak dwójka przyjaciół niż jak para.
- Trudno mi to przyznać, ale z perspektywy czasu przyznam ci rację. Brakowało między nami uczucia.
- Właśnie.
- Wiem, że nie powinnam cię, o to prosić,ale czy czasami mógłbyś się do mnie odezwać? Po prostu brakuje mi...twojej przyjaźni.
- Mi też jej brakuje. Jasne.
- To super - podniosła się. - Chyba powinnam już iść.
- Już?
- Tak. Twoja dziewczyna byłaby zła na ciebie gdyby się dowiedziała, że spędzasz czas z byłą, a nie oglądasz film - Ross się roześmiał.
- Fakt. Wyszłoby, że kłamałem.
- Nie mów jej, że tu byłam.
- Dlaczego?
- Bo pewnie spotkam ją na imprezie twojej siostry. Będzie już w miarę do mnie uprzedzona, nie chcę kolejnych kłopotów. Niech to będzie nasza tajemnica, ok?
- Tak. Niech to będzie tajemnica.
Miał już dość tajemnic przed Laurą.
***
Cześć miśki. Jak zaczęliście rak szkolny? Już was cisną? Sorry, że tak zwlekam z tymi rozdziałami, ale mam małe problemy z akademikiem i mój czas wolny spędzam w urzędach. Super no nie?
Przybywam z nowym rozdziałem. Jak obiecywałam jest Rydellington i bliźniaczki, wkrótce wróci również zła wiedźma Hannah. Cieszycie się? Ja bardzo :D
Do napisania.
Delly♥